czwartek, 13 lutego 2014

Hapi Birdej~

Tytuł: Jak wymyślę, to napiszę~ xD
Bohaterowie: YunJae
Gatunek: fluff, AU, Two shot
Długość: ok. 2488
Ostrzeżenia: Raczej brak....
A/N: Ja naprawdę przepraszam za to, że wszędzie, z wszystkim się spóźniam .____. Ale taki mój urok c: xd To może zacznę od tego, od czego chciałam zacząć:
*Spóźnione* Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat, niechaj żyje nam! (hej)
Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat, niechaj żyje nam! (hej)
Niech żyje nam~
Niech żyje nam~
Zdrowia, szczęścia, pomyślności, niechaj żyje nam!~ *ja to umiem być przypałowa xD*
Mimo że u nas jest 13, w (C)Hono Lulu jest jeszcze 12 iiii.... Ja idę dziś tym czasem XD
No to chciałam naszej kochanej japonii życzyć, żebyś co miesiąc nie łaziła do szpitala, żebyś dostała wreszcie ode mnie ten prezent xD, żeby Twoja pamięć się polepszyła, żeby DBSK wróciło, żeby ChanBaek okazał się prawdziwy, żebyś poleciała kiedyś do Korei i żebyś spełniła wszystkie swoja życzenia~ *ja nie umiem składać życzeń D':*
To tak jeszcze... urodzinowo! :D BiEjPiNjuestWiks~ *nie zwracaj uwagi na tekst, nie zwracaj~ xd* To jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Tynia~ I tutaj masz swój prezent ? Przepraszam, że tylko w części ._.
Enjoy? ~

Do domu zapukało kilku żołnierzy. Byłem przerażony faktem, że zaraz będę musiał zgodzić się na ich propozycję.
- Dzień dobry. Do końca tygodnia któryś z członków rodziny musi zgłosić się do punktu naboru. - Jeden 
z żołnierzy zaczął przemawiać, stojąc bliżej mnie, niż reszta. - Kto podejmie się tego ryzyka? - spytał, spoglądając po każdym z domowników. Co chwilę też zerkał na mnie, jakby czekał, aż się zgłoszę. Nikt nie odpowiedział, na co się uśmiechnął. - W porządku, rozumiem. Ale takie są przepisy i musimy się ich trzymać. - Zajrzał do spisu - Kim Junmyeon ma się zgłosić jutro do...
- Ja się zgłaszam na ochotnika! - wykrzyczałem, podnosząc rękę. Tak, żeby mnie jeszcze bardziej zauważył. Mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony. Przewrócił parę kartek w spisie i dokładnie przyjrzał się tej ostatniej.
- Dobrze. Jak się nazywasz? - Uśmiechnął się lekko.
- Kim Jaejoong. - odpowiedziałem. Wypuściłem powietrze, nawet nie wiedząc, że je wstrzymałem.
- Dobrze, więc do końca tego tygodnia proszę zgłosić się do punktu naboru. Proszę też powiedzieć, że jest pan od Yunho. - Uśmiechnął się szerzej i ukłonił się - Do widzenia. - pożegnał się i wyszedł. Miałem szczerą nadzieję, że więcej go nie zobaczę.
- COŚ TY ZROBIŁ, CO? - krzyczał rozhisteryzowany Junmyeon - Ja tam miałem iść! Słyszysz, ja!
- Nie krzyczeć już. - powiedziała mama, chwytając go za ramię - Spakujemy się i do jutra stąd wyjdziemy. Nikt nie będzie szedł na żadną wojnę. - zażądała. Nie podobał mi się ten pomysł.
- Mamo, nie możemy. Jeżeli dowiedzą się, że wyjechaliśmy, to nas zabiją. Dobrze o tym wiesz. - szepnąłem, spoglądając na mamę. - Pójdę na wojnę, a potem wrócę. Zobaczysz. - Minąłem ją i poszedłem do pokoju. Zamknął drzwi, a łzy same cisnęły się do oczu. Wiedziałem, że nie mogę teraz płakać, więc szybko wytarłem oczy i spakowałem wszystko co najpotrzebniejsze. Jutro pójdę na nabór, pomyślałem.
***
Obudziłem się w nocy. Mozolnie ubrałem się, zjadłem coś i szybko wyszedłem. Na szczęście wszyscy jeszcze spali. Przed drzwiami zobaczyłem na zegarek. Była czwarta. Niebo było jeszcze granatowe, 
ale dzięki ustawionym gdzieniegdzie lampą, mogłem coś zobaczyć. Zacząłem iść przed siebie. Kilka okien 
w domach było oświetlonych, lecz nikogo nie zauważyłem na zewnątrz. Oprócz żołnierzy. Lecz oni byli wszędzie, o każdej porze. Kilku z nich patrzyło na mnie podejrzliwie. W końcu człowiek na zewnątrz 
o czwartej nad ranem to niecodzienny widok.
Stałem przed białym budynkiem i patrzyłem się w wielkie drzwi. Wyglądały jakby miały pomieścić dziesiątki ludzi naraz. Wszedłem po schodach. Ostatni wydech, pozbycie się wszystkich wątpliwości i można wchodzić. W środku nie było tłumów. W zasadzie byłem tylko ja i młoda kobieta, siedząca przy równie białym, jak budynek, biurku. Korytarz był ciemny. Zielona, odpadająca że ścian farba i mała lampka przywieszona tuż nad biurkiem dodawały mrocznego klimatu. Podszedłem do zdziwionej kobiety i ukłonem się.
- Zostałem... Ja... - zająkałem się. Ta uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- Pan do naboru na wojnę, prawda? - spytała. Gdy przytaknąłem, otworzyła ten sam notatnik, który widziałem wczoraj. Chwyciła za malutki długopis i coś napisała przy moim nazwisku.
- Proszę się udać do pokoju stodwu...
- Miałem powiedzieć, że jestem od niejakiego Yunho - przetrwałem jej. Spojrzała na mnie, po czym znów się uśmiechnęła.
- Pokój dwieście pięć. Drugie piętro, po prawej stronie. - Pokazała w stronę ciemnego korytarza. Ukłonem się i ruszyłem w stronę nieznanego. - Niech się pan nie martwi. Będzie dobrze! - krzyknęła, a ja z delikatnym uśmiechem wszedłem po schodach. Na obu piętrach paliło się po jednej, małej lampce, która wcale nie pomagała. Podchodziłem do każdych drzwi, by sprawdzić numer pokoju. W każdym z nich było cicho. 
W końcu podszedłem do dość jasnych drzwi. Numer 205, pomyślałem. Zapukałem delikatnie. Odpowiedziała mi cisza. Powoli otworzyłem drzwi. Ku mojemu zdziwieniu, w pokoju było bardzo jasno. Zmrużyłem oczy, a gdy wzrok przyzwyczaił się do ilości światła, mogłem zauważyć ciemny stół, a na nim położoną postać. Zamknąłem za sobą drzwi i przesunąłem ramię osoby. Był to mężczyzna z wczoraj. Zapewne wspomniany Yunho. Poruszył się  delikatnie, mruknął coś i dalej poszedł spać. Wyglądał miłej niż poprzedniego dnia. Uśmiechnąłem się, zdałem z siebie kurtkę i przykryłem go nim, po czym usiadłem na krześle naprzeciwko. Po parunastu minutach obudził się. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co Ty tu... - spytał, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Przyszedłem na nabór - powiedziałem z lekkim uśmiechem.
- A tak, pamiętam. - Ziewnął, patrząc na jakieś papiery. Obejrzał się za siebie, a moja kurtka spadła z jego pleców. Podniósł ją.
- To moje - Pokazałem na przedmiot. Oddał mi go z uśmiechem.
- Więc naprawdę idziesz do wojska? - spytał, patrząc mi prosto w oczy. Pokiwałem głową - Więc dobrze. - Uśmiechnął się - Wypełnij proszę ten formularz - Przysunął do mnie zżółkłą kartkę.  Przyjrzałem się jej. Obawiałem się dziwnych pytań, lecz takie nie były. Imię, wiek, adres, liczba osób w rodzinie, czy miałem styczność z bronią i czy nie jestem chory. Spojrzałem się sceptycznie na osobę przede mną. Podał mi długopis podobny do tego, który miała kobieta na dole. Chwyciłem go i zacząłem wypełniać papier danymi. Po chwili oddałem przedmioty i przyglądałem się pomieszczeniu. Było bardzo małe. Ledwo mieściło się biurko, za nim była mała szafka i dość duże okno, z których powoli docierały promienie. Sztuczne światło już prawie nie było potrzebne. Spojrzałem do góry. Biały sufit, a na nim szklany żyrandol. Widać było na nim przeróżne wzory, które delikatnie powstawały na ścianach. Usłyszałem chrząknięcie. Spojrzałem na postać przed sobą. Patrzył się na mnie nieprzychylnie.
- Jutro o szóstej czekaj na mnie przed tym budynkiem - powiedział.
- Jutro? - spytałem. Sądziłem, że to trochę za wcześnie. Dopiero się zdecydowałem, że pójdę na wojnę
 i od razu miałem na nią iść?
- Dobrze. Jak nie jutro, to dziś o 14 przed budynkiem - Uśmiechnął się i zaczął pakować białą teczkę.
- Jutro, ale... To nie za wcześnie na wojnę?! - pisnąłem przerażony. On chciał się mnie pozbyć!
- Na jaką wojnę? - prychnął - Najpierw trzeba Cię przebadać, a potem solidny trening. W najgorszym wypadku pójdziesz na front za miesiąc - Lustrował mnie wzrokiem. Czułem się dziwnie oburzony. Westchnąłem i przytaknąłem. Ścisnąłem kurtkę w dłoniach, wstałem, po czym wyszedłem z budynku, nie przejmując się zimnem i wzrokiem ludzi. Wszedłem do domu, rzuciłem kurtkę na podłogę i ruszyłem do pokoju. Usiadłem na łóżku. Byłem śpiący, ale nie mogłem usnąć. Wstałem i z głębokim westchnieniem udałem się do kuchni. Znalazłem na szafce kartkę, ołówek i zabrałem się do pisania. Po chwili widniały na niej słowa „jestem w wojsku”. Zabrałem plecak i wyszedłem ponownie z domu.
Pałętałem się po dworze bez celu. Gdy wychodziłem była jeszcze piąta godzina. Aktualnie siedziałem 
w parku i oglądałem spadające liście z drzew i kaczki, które przylatywały do rzucanego im chleba.
- Co ty tutaj robisz? - Usłyszałem obok. Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się Junmyeon.
- Mógłbym zadać ci to samo pytanie - mruknąłem w odpowiedzi. Usiadł obok mnie.
- Gdy mama przeczytała twoją kartkę, bardzo się zmartwiła. Nie mogła uwierzyć, że odejdziesz tak wcześnie - westchnął - Wróć do domu - spojrzał na mnie. Miał delikatnie zmarszczone brwi, oczy świeciły od słońca, a policzki lekko zaczerwienione, pewnie od zimna.
- Nie mogę. Dziś zaczynam... - szepnąłem - Nie chciałem was zbytnio martwić.
Szybko odwrócił się i starł łzy z policzków.
- Tylko wiesz, że masz mi tam nie zginąć? - spytał, śmiejąc się.
- Wiem. Obiecuję, że wrócę cały. - Uśmiechnąłem się, za co dostałem od niego w ramię.
Było już po godzinie trzynastej. Przez ten czas zgłodniałem, a nie chciałem wracać do domu. W plecaku też nic nie miałem. Z bolącym brzuchem ruszyłem przed budynek naboru. W przeciwieństwie do poprzedniego razu mijałem mnóstwo ludzi. Gdy znalazłem się na miejscu nie wiedziałem co zrobić. Mogłem wejść do środka i tam poczekać, lecz ja usiadłem na schodach i oglądałem bawiące się dzieci. Co jakiś czas ktoś pokazywał na mnie lub uśmiechał się, jakbym był eksponatem w muzeum. Po jakimś czasie poczułem dotyk na ramieniu. Odwróciłem się gwałtownie.
- Chodźmy do auta. Nie będzie pan tu wiecznie siedział - powiedział mężczyzna, a ja ruszyłem za nim. Po chwili jechaliśmy w nieznanym mi kierunku.
- Gdzie jedziemy? - spytałem, by zagłuszyć ciszę. Oderwał na chwilę wzrok od jazdy, by spojrzeć na mnie zdziwiony.
- Jak mówiłem już wcześniej, najpierw trzeba cię przebadać, a potem zaczynamy trening. - Uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Co to będą za badania? - Ułożyłem się wygodniej na fotelu.
- Nie wiem. Każdy, kto idzie na badania, ma robione różne - Zamyślił się – Ale na pewno zaszczepimy cię na zaraźliwe choroby. – Wzdrygnąłem się. Nie przewidywałem opcji, że mogę umrzeć przed chorobę!
- Ja… Jak mam się do ciebie zwracać? – spytałem niezręcznie, odwracając się w stronę okna.
- Nie przedstawiłem się, prawda? – Poczułem na sobie jego wzrok. Pokręciłem szybko głową, na co westchnął. – Mów mi po prostu Yunho. Będę twoim osobistym generałem!
Byłem cały czerwony, a on tylko uroczo się zaśmiał. Wypadało, żebym i ja się przedstawił?
Nie miałem zamiaru jednak więcej się odezwać. Pomyślałem, że dojedziemy na spokojnie… tam, gdzie mieliśmy dojechać, a potem rozejdziemy się w swoje strony. Mój żołądek jednak miał inny zamiar i po chwili głośno się odezwał. Cieszyłem się, że nie mogę być bardziej czerwony niż jestem.
- Jesteś głodny? – Nie wiedziałem jak odpowiedzieć na to mądre pytanie. – Jak dojedziemy ugotuję ci coś.
Poczułem się dziwnie. Nie dość, że mój brzuch odezwał się w złym momencie, to jeszcze nowopoznany chłopak oferuje mi obiad. Ja naprawdę się cieszę, że nie mogę być bardziej czerwony.
- Dziękuję.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Trwało to krótko, może z piętnaście minut. Krajobraz raczej się nie zmieniał. Większą część widoków zajmowały lasy, było też parę domków i nic więcej. Na miejscu też nie mogłem narzekać na tłumy. Jeden nieduży, drewniany budynek, dwa drzewa i tak jak w mieście nocą – zero ludzi. Gdy Yunho pokazał mi, żebym szedł za nim, zrobiłem jak mi kazał. W środku budowli mieściło się dużo drzwi. Każde zapewne prowadziły do oddzielnego pokoju. Nie wiedziałem gdzie jestem prowadzony, lecz po chwili zauważyłem białe drzwi, do których miałem wejść. Niepewnie pchnąłem je, a moim oczom ukazało się łoże lekarskie, waga, niewielkie biurko i starszy człowiek siedzący przy nim.
- Dzień dobry – Usłyszałem. Miał donośny, basowy głos. – Proszę tu usiąść, zaraz pana przebadam. – Rozejrzałem się uważnie. Pokój bardzo przypominał ten, w którym był dziś Yunho. Środek budynku przyciemniony, bez żywej duszy, a pokój pełen światła, dający nadzieję, że nic ci się nie stanie. Czułem 
się bezpiecznie, w końcu wiedziałem, że nic mi nie zrobią. Mogłem zobaczyć, co lekarz ma na biurku. Nie musiałem się domyślać, czy przypadkiem nie ma tam jakiegoś ostrego narzędzia. Ale mimo wszystko czułem się jak w psychiatryku. Jakby bali się, że w każdej chwili mogę rozwalić całe pomieszczenie i uciec, przy okazji popełniając parę przestępstw. Wolałem nie wiedzieć, czy ktoś mnie przypadkiem nie obserwuje. Niewiedza w tym momencie była lepsza.
Starszy mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie i kazał otworzyć usta. Zrobiłem to i po chwili czułem na języku smak drewna, a potem coś okropnie gorzkiego. Skrzywiłem się, mimo że próbowałem tego nie robić.
- W ten sposób sprawdzamy, czy można panu przyjąć szczepienia. Na pewno pan wie, że bez szczepień nie będzie też i wojska. – Przełknąłem ślinę. Sama myśl o wojsku przyprawiała mnie o mdłości. A może to ta dziwna substancja?
- A teraz niech pan podejdzie tutaj – Spojrzałem na pokazywane miejsce. Małe krzesełko, a przy nim dziwnie wyglądająca maszyna. Podszedłem do niej i podążając za instrukcją lekarza, przytknąłem głowę do metalowej blaszki i patrzyłem się przez okular w dziwny rysunek. Po chwili musiałem od tego odejść
 i wrócić na swoje miejsce. Naprawdę, czułem się jak psychiczny.
- Czuje się pan źle? Ma pan reakcje wymiotne? – spytał, uważnie mnie obserwując.
- Nie, proszę pana – odpowiedziałem. Mężczyzna pokiwał głową, wyjął z szuflady dziwnie dużą strzykawkę i kazał mi podwinąć rękaw.
- Szczepionka będzie tylko jedna. – Poczułem delikatnie ukłucie, po czym zostałem wygoniony z pokoju. Przed drzwiami stał Yunho, który kazał przyłożyć wacik do miejsca ukłucia. Zaprowadził mnie do kolejnego pomieszczenia, które wyglądało jak prowizoryczna kuchnia.
- Lubisz zupę warzywną? - spytał, gdy stanął przy długim blacie.
- Nigdy nie jadłem - odparłem i usiadłem przy stole. Po pięciu minutach przede mną stała miska z zieloną papką. Zdziwiła mnie szybkość z jaką ją dostałem i sama konsystencja dania. Spróbowałem. Nie była taka najgorsza, mimo że dziwnie też pachniała.
- Smakuje ci? - Usłyszałem przy uchu. Odwróciłem się.
- Tak, jest... Dobra - odpowiedziałem, wymuszając uśmiech. Odwzajemnił go i usiadł naprzeciwko mnie.
Tak szybko jak tu przyjechaliśmy, tak szybko i opuściliśmy to miejsce. Tym razem jechaliśmy krócej, a cała podróż minęła w grobowej ciszy. Na miejscu, co mnie zaskoczyło, było bardzo dużo ludzi. Żołnierze biegali tam i z powrotem. Weszliśmy do małego budynku. Czekało już w nim kilku mężczyzn. Yunho zasalutował, na co pokiwali głowami i przenieśli wzrok na mnie. Ukłoniłem się.
- Panie generale, to właśnie ten człowiek. - powiedział Yunho. Czułem się bardzo niezręcznie.
- Dobrze, podporuczniku. - odpowiedział mu najmasywniejszy - Ustaliliśmy, że będzie go szkolić porucznik Choi Seunghyun - Ale jak to? - spytaliśmy z Yunho jednocześnie. Nie miałem pojęcia o żadnym poruczniku! - Przecież to ja miałem się nim zająć - I taki pomysł mi się podoba, pomyślałem. Nie wiedziałem na kogo mam patrzeć. Na uśmiechniętego mężczyznę czy zdziwionego Yunho?
- Z tego co nam opowiedziałeś, ustaliliśmy, że porucznik będzie odpowiedni. A teraz odmaszerować! - krzyknął, a ja zostałem pociągnięty do drzwi.
- Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju - powiedział, a ja nie miałem zamiaru protestować.
Pokój okazał się być pomieszczeniem z kilkoma łóżkami, a do mnie należało to przy oknie. Yunho uśmiechnął się do mnie smutno i odszedł. To był jego ostatni uśmiech do mnie, do zakończenia treningu.
Przez cały miesiąc nie miałem zamiaru ćwiczyć, strzelać i biegać przez jakieś przeszkody. Oczywiście musiałem to robić, taki mój los. Ze strzelaniem było gorzej, bo broni nawet raz nie ruszyłem. Miałem gdzieś, że to ja się zgłosiłem. Zamierzałem zostać tam na zawsze, nie iść na wojnę. W najgorszym wypadku wysłaliby mnie do domu. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
- Co ty robisz, co?! - Usiadłem na ziemi i nie patrzyłem porucznikowi w oczy. - Tysiące ludzi ginie, a ty nawet nie masz zamiaru dotknąć broni?! - Stanął obok mnie. Chyba powoli zaczęły puszczać mu nerwy. - Najchętniej wysłałbym cię na front, żebyś zginął. - wysyczał mi w twarz. Spojrzałem w jego stronę.
- To zrób to - odpowiedziałem. W tym momencie cała szczęka zaczęła mnie niemiłosiernie boleć, a ja sam leżałem na ziemi, dalej niż usiadłem. On mnie uderzył...
- Co ty wyrabiasz?! Zgłupiałeś?! - Usłyszałem krzyk, a po chwili zobaczyłem jak porucznik upada obok mnie. Starałem się przyjrzeć kto to zrobi, lecz powoli robiło mi się ciemno przed oczami. - Nie możesz go ruszać, rozumiesz?! Jest mój - Ostatnie zdanie powiedział o wiele ciszej. Rozpoznałem ten głos – Yunho. Czy on właśnie wyznał, że ja...
- Chodź - Usłyszałem i poczułem znajomą dłoń, trzymającą kurczowo moją rękę. Brakowało mi tego. Szkoda, że od razu po tym straciłem przytomność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz