Tytuł: Jak wymyślę, to napiszę~ xD
Bohaterowie: YunJae
Gatunek: fluff, AU, Two shot
Długość: ok. 2488
Ostrzeżenia: Raczej brak....
A/N: Ja naprawdę przepraszam za to, że wszędzie, z wszystkim się spóźniam .____. Ale taki mój urok c: xd To może zacznę od tego, od czego chciałam zacząć:
*Spóźnione* Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat, niechaj żyje nam! (hej)
Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat, niechaj żyje nam! (hej)
Niech żyje nam~
Niech żyje nam~
Zdrowia, szczęścia, pomyślności, niechaj żyje nam!~ *ja to umiem być przypałowa xD*
Mimo że u nas jest 13, w (C)Hono Lulu jest jeszcze 12 iiii.... Ja idę dziś tym czasem XD
No to chciałam naszej kochanej japonii życzyć, żebyś co miesiąc nie łaziła do szpitala, żebyś dostała wreszcie ode mnie ten prezent xD, żeby Twoja pamięć się polepszyła, żeby DBSK wróciło, żeby ChanBaek okazał się prawdziwy, żebyś poleciała kiedyś do Korei i żebyś spełniła wszystkie swoja życzenia~ *ja nie umiem składać życzeń D':*
To tak jeszcze... urodzinowo! :D BiEjPi, Njuest, Wiks~ *nie zwracaj uwagi na tekst, nie zwracaj~ xd* To jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Tynia~ I tutaj masz swój prezent ? Przepraszam, że tylko w części ._.
Enjoy? ~
Do domu zapukało
kilku żołnierzy. Byłem przerażony faktem, że zaraz będę musiał zgodzić się na
ich propozycję.
- Dzień dobry. Do
końca tygodnia któryś z członków rodziny musi zgłosić się do punktu naboru. -
Jeden
z żołnierzy zaczął przemawiać, stojąc bliżej mnie, niż reszta. - Kto podejmie się tego ryzyka? - spytał, spoglądając po każdym z domowników. Co chwilę też zerkał na mnie, jakby czekał, aż się zgłoszę. Nikt nie odpowiedział, na co się uśmiechnął. - W porządku, rozumiem. Ale takie są przepisy i musimy się ich trzymać. - Zajrzał do spisu - Kim Junmyeon ma się zgłosić jutro do...
z żołnierzy zaczął przemawiać, stojąc bliżej mnie, niż reszta. - Kto podejmie się tego ryzyka? - spytał, spoglądając po każdym z domowników. Co chwilę też zerkał na mnie, jakby czekał, aż się zgłoszę. Nikt nie odpowiedział, na co się uśmiechnął. - W porządku, rozumiem. Ale takie są przepisy i musimy się ich trzymać. - Zajrzał do spisu - Kim Junmyeon ma się zgłosić jutro do...
- Ja się zgłaszam na
ochotnika! - wykrzyczałem, podnosząc rękę. Tak, żeby mnie jeszcze bardziej
zauważył. Mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony. Przewrócił parę kartek w spisie
i dokładnie przyjrzał się tej ostatniej.
- Dobrze. Jak się
nazywasz? - Uśmiechnął się lekko.
- Kim Jaejoong. -
odpowiedziałem. Wypuściłem powietrze, nawet nie wiedząc, że je wstrzymałem.
- Dobrze, więc do
końca tego tygodnia proszę zgłosić się do punktu naboru. Proszę też powiedzieć,
że jest pan od Yunho. - Uśmiechnął się szerzej i ukłonił się - Do widzenia. -
pożegnał się i wyszedł. Miałem szczerą nadzieję, że więcej go nie zobaczę.
- COŚ TY ZROBIŁ, CO?
- krzyczał rozhisteryzowany Junmyeon - Ja tam miałem iść! Słyszysz, ja!
- Nie krzyczeć już. -
powiedziała mama, chwytając go za ramię - Spakujemy się i do jutra stąd
wyjdziemy. Nikt nie będzie szedł na żadną wojnę. - zażądała. Nie podobał mi się
ten pomysł.
- Mamo, nie możemy.
Jeżeli dowiedzą się, że wyjechaliśmy, to nas zabiją. Dobrze o tym wiesz. -
szepnąłem, spoglądając na mamę. - Pójdę na wojnę, a potem wrócę. Zobaczysz. - Minąłem
ją i poszedłem do pokoju. Zamknął drzwi, a łzy same cisnęły się do oczu.
Wiedziałem, że nie mogę teraz płakać, więc szybko wytarłem oczy i spakowałem
wszystko co najpotrzebniejsze. Jutro pójdę na nabór, pomyślałem.
***
Obudziłem się w nocy.
Mozolnie ubrałem się, zjadłem coś i szybko wyszedłem. Na szczęście wszyscy
jeszcze spali. Przed drzwiami zobaczyłem na zegarek. Była czwarta. Niebo było
jeszcze granatowe,
ale dzięki ustawionym gdzieniegdzie lampą, mogłem coś zobaczyć. Zacząłem iść przed siebie. Kilka okien
w domach było oświetlonych, lecz nikogo nie zauważyłem na zewnątrz. Oprócz żołnierzy. Lecz oni byli wszędzie, o każdej porze. Kilku z nich patrzyło na mnie podejrzliwie. W końcu człowiek na zewnątrz
o czwartej nad ranem to niecodzienny widok.
ale dzięki ustawionym gdzieniegdzie lampą, mogłem coś zobaczyć. Zacząłem iść przed siebie. Kilka okien
w domach było oświetlonych, lecz nikogo nie zauważyłem na zewnątrz. Oprócz żołnierzy. Lecz oni byli wszędzie, o każdej porze. Kilku z nich patrzyło na mnie podejrzliwie. W końcu człowiek na zewnątrz
o czwartej nad ranem to niecodzienny widok.
Stałem przed białym
budynkiem i patrzyłem się w wielkie drzwi. Wyglądały jakby miały pomieścić
dziesiątki ludzi naraz. Wszedłem po schodach. Ostatni wydech, pozbycie się
wszystkich wątpliwości i można wchodzić. W środku nie było tłumów. W zasadzie
byłem tylko ja i młoda kobieta, siedząca przy równie białym, jak budynek,
biurku. Korytarz był ciemny. Zielona, odpadająca że ścian farba i mała lampka
przywieszona tuż nad biurkiem dodawały mrocznego klimatu. Podszedłem do
zdziwionej kobiety i ukłonem się.
- Zostałem... Ja... -
zająkałem się. Ta uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- Pan do naboru na
wojnę, prawda? - spytała. Gdy przytaknąłem, otworzyła ten sam notatnik, który
widziałem wczoraj. Chwyciła za malutki długopis i coś napisała przy moim
nazwisku.
- Proszę się udać do
pokoju stodwu...
- Miałem powiedzieć,
że jestem od niejakiego Yunho - przetrwałem jej. Spojrzała na mnie, po czym
znów się uśmiechnęła.
- Pokój dwieście
pięć. Drugie piętro, po prawej stronie. - Pokazała w stronę ciemnego korytarza.
Ukłonem się i ruszyłem w stronę nieznanego. - Niech się pan nie martwi. Będzie
dobrze! - krzyknęła, a ja z delikatnym uśmiechem wszedłem po schodach. Na obu
piętrach paliło się po jednej, małej lampce, która wcale nie pomagała.
Podchodziłem do każdych drzwi, by sprawdzić numer pokoju. W każdym z nich było
cicho.
W końcu podszedłem do dość jasnych drzwi. Numer 205, pomyślałem. Zapukałem delikatnie. Odpowiedziała mi cisza. Powoli otworzyłem drzwi. Ku mojemu zdziwieniu, w pokoju było bardzo jasno. Zmrużyłem oczy, a gdy wzrok przyzwyczaił się do ilości światła, mogłem zauważyć ciemny stół, a na nim położoną postać. Zamknąłem za sobą drzwi i przesunąłem ramię osoby. Był to mężczyzna z wczoraj. Zapewne wspomniany Yunho. Poruszył się delikatnie, mruknął coś i dalej poszedł spać. Wyglądał miłej niż poprzedniego dnia. Uśmiechnąłem się, zdałem z siebie kurtkę i przykryłem go nim, po czym usiadłem na krześle naprzeciwko. Po parunastu minutach obudził się. Spojrzał na mnie zdziwiony.
W końcu podszedłem do dość jasnych drzwi. Numer 205, pomyślałem. Zapukałem delikatnie. Odpowiedziała mi cisza. Powoli otworzyłem drzwi. Ku mojemu zdziwieniu, w pokoju było bardzo jasno. Zmrużyłem oczy, a gdy wzrok przyzwyczaił się do ilości światła, mogłem zauważyć ciemny stół, a na nim położoną postać. Zamknąłem za sobą drzwi i przesunąłem ramię osoby. Był to mężczyzna z wczoraj. Zapewne wspomniany Yunho. Poruszył się delikatnie, mruknął coś i dalej poszedł spać. Wyglądał miłej niż poprzedniego dnia. Uśmiechnąłem się, zdałem z siebie kurtkę i przykryłem go nim, po czym usiadłem na krześle naprzeciwko. Po parunastu minutach obudził się. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co Ty tu... -
spytał, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Przyszedłem na
nabór - powiedziałem z lekkim uśmiechem.
- A tak, pamiętam. -
Ziewnął, patrząc na jakieś papiery. Obejrzał się za siebie, a moja kurtka
spadła z jego pleców. Podniósł ją.
- To moje - Pokazałem
na przedmiot. Oddał mi go z uśmiechem.
- Więc naprawdę
idziesz do wojska? - spytał, patrząc mi prosto w oczy. Pokiwałem głową - Więc
dobrze. - Uśmiechnął się - Wypełnij proszę ten formularz - Przysunął do mnie
zżółkłą kartkę. Przyjrzałem się jej.
Obawiałem się dziwnych pytań, lecz takie nie były. Imię, wiek, adres, liczba
osób w rodzinie, czy miałem styczność z bronią i czy nie jestem chory.
Spojrzałem się sceptycznie na osobę przede mną. Podał mi długopis podobny do
tego, który miała kobieta na dole. Chwyciłem go i zacząłem wypełniać papier
danymi. Po chwili oddałem przedmioty i przyglądałem się pomieszczeniu. Było
bardzo małe. Ledwo mieściło się biurko, za nim była mała szafka i dość duże
okno, z których powoli docierały promienie. Sztuczne światło już prawie nie
było potrzebne. Spojrzałem do góry. Biały sufit, a na nim szklany żyrandol.
Widać było na nim przeróżne wzory, które delikatnie powstawały na ścianach.
Usłyszałem chrząknięcie. Spojrzałem na postać przed sobą. Patrzył się na mnie
nieprzychylnie.
- Jutro o szóstej
czekaj na mnie przed tym budynkiem - powiedział.
- Jutro? - spytałem.
Sądziłem, że to trochę za wcześnie. Dopiero się zdecydowałem, że pójdę na wojnę
i od razu miałem na nią iść?
i od razu miałem na nią iść?
- Dobrze. Jak nie
jutro, to dziś o 14 przed budynkiem - Uśmiechnął się i zaczął pakować białą
teczkę.
- Jutro, ale... To
nie za wcześnie na wojnę?! - pisnąłem przerażony. On chciał się mnie pozbyć!
- Na jaką wojnę? -
prychnął - Najpierw trzeba Cię przebadać, a potem solidny trening. W najgorszym
wypadku pójdziesz na front za miesiąc - Lustrował mnie wzrokiem. Czułem się
dziwnie oburzony. Westchnąłem i przytaknąłem. Ścisnąłem kurtkę w dłoniach,
wstałem, po czym wyszedłem z budynku, nie przejmując się zimnem i wzrokiem
ludzi. Wszedłem do domu, rzuciłem kurtkę na podłogę i ruszyłem do pokoju.
Usiadłem na łóżku. Byłem śpiący, ale nie mogłem usnąć. Wstałem i z głębokim
westchnieniem udałem się do kuchni. Znalazłem na szafce kartkę, ołówek i
zabrałem się do pisania. Po chwili widniały na niej słowa „jestem w wojsku”. Zabrałem plecak i wyszedłem ponownie z domu.
Pałętałem się po
dworze bez celu. Gdy wychodziłem była jeszcze piąta godzina. Aktualnie
siedziałem
w parku i oglądałem spadające liście z drzew i kaczki, które przylatywały do rzucanego im chleba.
w parku i oglądałem spadające liście z drzew i kaczki, które przylatywały do rzucanego im chleba.
- Co ty tutaj robisz?
- Usłyszałem obok. Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się Junmyeon.
- Mógłbym zadać ci to
samo pytanie - mruknąłem w odpowiedzi. Usiadł obok mnie.
- Gdy mama
przeczytała twoją kartkę, bardzo się zmartwiła. Nie mogła uwierzyć, że
odejdziesz tak wcześnie - westchnął - Wróć do domu - spojrzał na mnie. Miał
delikatnie zmarszczone brwi, oczy świeciły od słońca, a policzki lekko
zaczerwienione, pewnie od zimna.
- Nie mogę. Dziś
zaczynam... - szepnąłem - Nie chciałem was zbytnio martwić.
Szybko odwrócił się i
starł łzy z policzków.
- Tylko wiesz, że
masz mi tam nie zginąć? - spytał, śmiejąc się.
- Wiem. Obiecuję, że
wrócę cały. - Uśmiechnąłem się, za co dostałem od niego w ramię.
Było już po godzinie
trzynastej. Przez ten czas zgłodniałem, a nie chciałem wracać do domu. W
plecaku też nic nie miałem. Z bolącym brzuchem ruszyłem przed budynek naboru. W
przeciwieństwie do poprzedniego razu mijałem mnóstwo ludzi. Gdy znalazłem się
na miejscu nie wiedziałem co zrobić. Mogłem wejść do środka i tam poczekać,
lecz ja usiadłem na schodach i oglądałem bawiące się dzieci. Co jakiś czas ktoś
pokazywał na mnie lub uśmiechał się, jakbym był eksponatem w muzeum. Po jakimś
czasie poczułem dotyk na ramieniu. Odwróciłem się gwałtownie.
- Chodźmy do auta.
Nie będzie pan tu wiecznie siedział - powiedział mężczyzna, a ja ruszyłem za
nim. Po chwili jechaliśmy w nieznanym mi kierunku.
- Gdzie jedziemy? -
spytałem, by zagłuszyć ciszę. Oderwał na chwilę wzrok od jazdy, by spojrzeć na
mnie zdziwiony.
- Jak mówiłem już
wcześniej, najpierw trzeba cię przebadać, a potem zaczynamy trening. - Uśmiechnął
się pokrzepiająco.
- Co to będą za
badania? - Ułożyłem się wygodniej na fotelu.
- Nie wiem. Każdy,
kto idzie na badania, ma robione różne - Zamyślił się – Ale na pewno
zaszczepimy cię na zaraźliwe choroby. – Wzdrygnąłem się. Nie przewidywałem
opcji, że mogę umrzeć przed chorobę!
- Ja… Jak mam się do
ciebie zwracać? – spytałem niezręcznie, odwracając się w stronę okna.
- Nie przedstawiłem
się, prawda? – Poczułem na sobie jego wzrok. Pokręciłem szybko głową, na co
westchnął. – Mów mi po prostu Yunho. Będę twoim osobistym generałem!
Byłem cały czerwony,
a on tylko uroczo się zaśmiał. Wypadało, żebym i ja się przedstawił?
Nie miałem zamiaru
jednak więcej się odezwać. Pomyślałem, że dojedziemy na spokojnie… tam, gdzie
mieliśmy dojechać, a potem rozejdziemy się w swoje strony. Mój żołądek jednak
miał inny zamiar i po chwili głośno się odezwał. Cieszyłem się, że nie mogę być
bardziej czerwony niż jestem.
- Jesteś głodny? –
Nie wiedziałem jak odpowiedzieć na to mądre pytanie. – Jak dojedziemy ugotuję
ci coś.
Poczułem się dziwnie.
Nie dość, że mój brzuch odezwał się w złym momencie, to jeszcze nowopoznany
chłopak oferuje mi obiad. Ja naprawdę się cieszę, że nie mogę być bardziej
czerwony.
- Dziękuję.
Dalej jechaliśmy w
ciszy. Trwało to krótko, może z piętnaście minut. Krajobraz raczej się nie
zmieniał. Większą część widoków zajmowały lasy, było też parę domków i nic
więcej. Na miejscu też nie mogłem narzekać na tłumy. Jeden nieduży, drewniany
budynek, dwa drzewa i tak jak w mieście nocą – zero ludzi. Gdy Yunho pokazał
mi, żebym szedł za nim, zrobiłem jak mi kazał. W środku budowli mieściło się
dużo drzwi. Każde zapewne prowadziły do oddzielnego pokoju. Nie wiedziałem
gdzie jestem prowadzony, lecz po chwili zauważyłem białe drzwi, do których
miałem wejść. Niepewnie pchnąłem je, a moim oczom ukazało się łoże lekarskie,
waga, niewielkie biurko i starszy człowiek siedzący przy nim.
- Dzień dobry –
Usłyszałem. Miał donośny, basowy głos. – Proszę tu usiąść, zaraz pana
przebadam. – Rozejrzałem się uważnie. Pokój bardzo przypominał ten, w którym
był dziś Yunho. Środek budynku przyciemniony, bez żywej duszy, a pokój pełen
światła, dający nadzieję, że nic ci się nie stanie. Czułem
się bezpiecznie, w końcu wiedziałem, że nic mi nie zrobią. Mogłem zobaczyć, co lekarz ma na biurku. Nie musiałem się domyślać, czy przypadkiem nie ma tam jakiegoś ostrego narzędzia. Ale mimo wszystko czułem się jak w psychiatryku. Jakby bali się, że w każdej chwili mogę rozwalić całe pomieszczenie i uciec, przy okazji popełniając parę przestępstw. Wolałem nie wiedzieć, czy ktoś mnie przypadkiem nie obserwuje. Niewiedza w tym momencie była lepsza.
się bezpiecznie, w końcu wiedziałem, że nic mi nie zrobią. Mogłem zobaczyć, co lekarz ma na biurku. Nie musiałem się domyślać, czy przypadkiem nie ma tam jakiegoś ostrego narzędzia. Ale mimo wszystko czułem się jak w psychiatryku. Jakby bali się, że w każdej chwili mogę rozwalić całe pomieszczenie i uciec, przy okazji popełniając parę przestępstw. Wolałem nie wiedzieć, czy ktoś mnie przypadkiem nie obserwuje. Niewiedza w tym momencie była lepsza.
Starszy mężczyzna
usiadł naprzeciwko mnie i kazał otworzyć usta. Zrobiłem to i po chwili czułem
na języku smak drewna, a potem coś okropnie gorzkiego. Skrzywiłem się, mimo że
próbowałem tego nie robić.
- W ten sposób
sprawdzamy, czy można panu przyjąć szczepienia. Na pewno pan wie, że bez
szczepień nie będzie też i wojska. – Przełknąłem ślinę. Sama myśl o wojsku
przyprawiała mnie o mdłości. A może to ta dziwna substancja?
- A teraz niech pan
podejdzie tutaj – Spojrzałem na pokazywane miejsce. Małe krzesełko, a przy nim
dziwnie wyglądająca maszyna. Podszedłem do niej i podążając za instrukcją
lekarza, przytknąłem głowę do metalowej blaszki i patrzyłem się przez okular w
dziwny rysunek. Po chwili musiałem od tego odejść
i wrócić na swoje miejsce. Naprawdę, czułem się jak psychiczny.
i wrócić na swoje miejsce. Naprawdę, czułem się jak psychiczny.
- Czuje się pan źle? Ma
pan reakcje wymiotne? – spytał, uważnie mnie obserwując.
- Nie, proszę pana –
odpowiedziałem. Mężczyzna pokiwał głową, wyjął z szuflady dziwnie dużą
strzykawkę i kazał mi podwinąć rękaw.
- Szczepionka będzie
tylko jedna. – Poczułem delikatnie ukłucie, po czym zostałem wygoniony z
pokoju. Przed drzwiami stał Yunho, który kazał przyłożyć wacik do miejsca
ukłucia. Zaprowadził mnie do kolejnego pomieszczenia, które wyglądało jak
prowizoryczna kuchnia.
- Lubisz zupę
warzywną? - spytał, gdy stanął przy długim blacie.
- Nigdy nie jadłem -
odparłem i usiadłem przy stole. Po pięciu minutach przede mną stała miska z
zieloną papką. Zdziwiła mnie szybkość z jaką ją dostałem i sama konsystencja
dania. Spróbowałem. Nie była taka najgorsza, mimo że dziwnie też pachniała.
- Smakuje ci? - Usłyszałem
przy uchu. Odwróciłem się.
- Tak, jest... Dobra
- odpowiedziałem, wymuszając uśmiech. Odwzajemnił go i usiadł naprzeciwko mnie.
Tak szybko jak tu
przyjechaliśmy, tak szybko i opuściliśmy to miejsce. Tym razem jechaliśmy
krócej, a cała podróż minęła w grobowej ciszy. Na miejscu, co mnie zaskoczyło,
było bardzo dużo ludzi. Żołnierze biegali tam i z powrotem. Weszliśmy do małego
budynku. Czekało już w nim kilku mężczyzn. Yunho zasalutował, na co pokiwali
głowami i przenieśli wzrok na mnie. Ukłoniłem się.
- Panie generale, to
właśnie ten człowiek. - powiedział Yunho. Czułem się bardzo niezręcznie.
- Dobrze,
podporuczniku. - odpowiedział mu najmasywniejszy - Ustaliliśmy, że będzie go
szkolić porucznik Choi Seunghyun - Ale jak to? - spytaliśmy z Yunho
jednocześnie. Nie miałem pojęcia o żadnym poruczniku! - Przecież to ja miałem
się nim zająć - I taki pomysł mi się podoba, pomyślałem. Nie wiedziałem na kogo
mam patrzeć. Na uśmiechniętego mężczyznę czy zdziwionego Yunho?
- Z tego co nam
opowiedziałeś, ustaliliśmy, że porucznik będzie odpowiedni. A teraz
odmaszerować! - krzyknął, a ja zostałem pociągnięty do drzwi.
- Chodź, zaprowadzę
cię do twojego pokoju - powiedział, a ja nie miałem zamiaru protestować.
Pokój okazał się być
pomieszczeniem z kilkoma łóżkami, a do mnie należało to przy oknie. Yunho
uśmiechnął się do mnie smutno i odszedł. To był jego ostatni uśmiech do mnie,
do zakończenia treningu.
Przez cały miesiąc
nie miałem zamiaru ćwiczyć, strzelać i biegać przez jakieś przeszkody.
Oczywiście musiałem to robić, taki mój los. Ze strzelaniem było gorzej, bo
broni nawet raz nie ruszyłem. Miałem gdzieś, że to ja się zgłosiłem.
Zamierzałem zostać tam na zawsze, nie iść na wojnę. W najgorszym wypadku
wysłaliby mnie do domu. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
- Co ty robisz, co?!
- Usiadłem na ziemi i nie patrzyłem porucznikowi w oczy. - Tysiące ludzi ginie,
a ty nawet nie masz zamiaru dotknąć broni?! - Stanął obok mnie. Chyba powoli
zaczęły puszczać mu nerwy. - Najchętniej wysłałbym cię na front, żebyś zginął.
- wysyczał mi w twarz. Spojrzałem w jego stronę.
- To zrób to - odpowiedziałem.
W tym momencie cała szczęka zaczęła mnie niemiłosiernie boleć, a ja sam leżałem
na ziemi, dalej niż usiadłem. On mnie uderzył...
- Co ty wyrabiasz?!
Zgłupiałeś?! - Usłyszałem krzyk, a po chwili zobaczyłem jak porucznik upada
obok mnie. Starałem się przyjrzeć kto to zrobi, lecz powoli robiło mi się
ciemno przed oczami. - Nie możesz go ruszać, rozumiesz?! Jest mój - Ostatnie
zdanie powiedział o wiele ciszej. Rozpoznałem ten głos – Yunho. Czy on właśnie wyznał,
że ja...
- Chodź - Usłyszałem
i poczułem znajomą dłoń, trzymającą kurczowo moją rękę. Brakowało mi tego.
Szkoda, że od razu po tym straciłem przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz