Tytuł : "Życie to niespodzianka"
Bohaterowie : EXO - Luhan; Sehun, Kai; Lay, Xiumin, Chen, poboczne
Gatunek : fluff, angst,
Długość: ok. 1656 słów
Ostrzeżenia : Przekleństwa?
A/N: Przepraszam, że tak długo, ale starałam się to nadrobić >< Nadrabianie trochę mi nie wyszło, ale... szczegóły xD Następny rozdział nie wiem kiedy dodam, mam nadzieję, że szybko, w następnym tygodniu powinnam coś wrzucić c: *exoexoexoexoexo* Przepraszam za jakiekolwiek błędy, wytykajcie mi je, może nauczę się ich nie robić xD Także,
Enjoy~ c:
Bohaterowie : EXO - Luhan; Sehun, Kai; Lay, Xiumin, Chen, poboczne
Gatunek : fluff, angst,
Długość: ok. 1656 słów
Ostrzeżenia : Przekleństwa?
A/N: Przepraszam, że tak długo, ale starałam się to nadrobić >< Nadrabianie trochę mi nie wyszło, ale... szczegóły xD Następny rozdział nie wiem kiedy dodam, mam nadzieję, że szybko, w następnym tygodniu powinnam coś wrzucić c: *exoexoexoexoexo* Przepraszam za jakiekolwiek błędy, wytykajcie mi je, może nauczę się ich nie robić xD Także,
Enjoy~ c:
Wbiegłem do lokalu najszybciej jak mogłem. Niemal potknąłem się o leżące na środku przejścia krzesło. Dobiegłem do zdezorientowanego Yixinga.
- Co się stało? - spytałem.
- Tak jak mówiłem przez telefon. Minseok przyszedł, coś wymamrotał i zemdlał. Do tej pory nic się nie zmieniło. - Pokiwałem głową. Spojrzałem na Xiumina. Leżał na ziemi, wyglądając jak trup.
- Dzwoniłeś po karetkę? - Odwrociłem wzrok niepewnie na Laya. Pokiwał głową. Dziwiło mnie, że jeszcze nie przyjechała, aż w końcu mnie olśniło. - Kiedy po nią dzwoniłeś? - niemal pisnąłem.
- Zaraz po tym, jak się rozłączyłeś. Sama rozmowa z konsultantką trwała dobre pięć minut. Jeszcze instruowała mnie, co mam robić. Nic nie pomogło. - westchnął. Pokręciłem głową. Co się w takim razie mogło stać, że Minseok się nie budzi? Podszedłem do niego bliżej. Oddychał, ale nie odpowiadał na żadne szturchania i wołanie. Nagle usłyszałem dzwonek. Odwrociłem się z myślą, że to pogotowie. Zawiodłem
się, widząc spokojnego Chena.
- Chłopaki, widzieliście gdzieś Xiu? Miałem się z nim spotkać, ale...- Przerwał, gdy zauważył obok kogo siedzę. - Co mu się stało?! - spytał, szybko podbiegając do leżącego chłopaka.
- Zemdlał. Myślałem, że widziałeś się już z nim. - Yixing podszedł do baru i chwycił mokry ręcznik. Odepchnął nas od leżącego i przyłożył mu materiał do czoła.
- Mam nadzieję, że zaraz się obudzi. - Opadłem zrezygnowany na krzesło. Lay uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco, a po tym zniknął za drzwiami zaplecza. Westchnąłem ciężko i patrzyłem się na Chena, który chwycił Minseoka za ręce i nogi, i podniósł je do góry.
- Lay mówił, że to nie zadziałało. - powiedziałem cicho, na co chłopak odwrócił się zdziwiony. Nagle usłyszałem jęk. Zerwałem się jak poparzony i po chwili stałem przy budzącym się Xiuminie.
- L... Lay! - zawołałem, patrząc się szczęśliwy na rudowłosego. Blondyn przybiegł do nas, trzymając w ręku telefon. Podnieśliśmy chłopaka i usadziliśmy go na krześle.
- Coś cię boli? Co się stało? - Chen trzymał jego ręce, zadając pytania.
- Nie, wszystko raczej w porządku. Pamiętam, że poczułem ból głowy i zbierało mi się na wymioty, a potem jest sama ciemność. - mruknął pod nosem, patrząc smutno na Chena. - Przepraszam, że nie zjawiłem
się na naszym spotkaniu. - Spuścił wzrok.
- Nie masz za co przepraszać, głuptasie. Nic się nie stało, że nie przyszedłeś. Twoje życie jest ważniejsze. - Obaj z Layem wydaliśmy głośne "eww", przez co każdy się zaśmiał. Nagle zadzwonił mi telefon. Przepraszając chłopaków, odszedłem na zaplecze.
- Tak, słucham? - Odebrałem, nie patrząc nawet na nadawcę.
- Luhan, pamiętasz, że mieliśmy się spotkać? - Usłyszałem i momentalnie stanęło mi serce. Spojrzałem
na zegarek. Była 11. Załamałem się.
- Tak, przepraszam. Po prostu mój przyjaciel zemdlał i nie wiedziałem co robić. Zupełnie zapomniałem. Przepraszam.
- Nie szkodzi. Ale z twoim przyjacielem wszystko w porządku? - spytał, na co się uśmiechnąłem.
- Tak, teraz jest dobrze. - Usiadłem i rozmarzyłem się. Jest przystojny, miły, lubi mnie, bo inaczej by się nie spotykał, a na dodatek martwi się o moich przyjaciół! Zakochałem się po uszy.
- To jeżeli jest dobrze, to spotkajmy się w tym parku, dobrze? - I jeszcze nie może się doczekać! Dobra, teraz przesadzam.
- Tak, za piętnaście minut powinienem być. - Uśmiechnąłem się, a po chwili usłyszałem pożegnanie
i się rozłączyłem. Wyszedłem do chłopaków. Odwrócili się w moją stronę.
- Czemu się tak uśmiechasz? - spytał Lay, który patrzył się na mnie uważnie.
- Muszę iść. Jeżeli z Xiu teraz wszystko w porządku i ma dobrą opiekę, w postaci was, to ja nie jestem już potrzebny. - Od razu, jak skończyłem to mówić, drzwi się otworzyły, a do środka wpadło kilku ratowników z pogotowia. Od razu zaczęli zadawać masę pytań, a po tym zabrali Xiumina do karetki. Razem z nim pojechał również Chen. Nie mogli się rozstać, tym bardziej, że młodszy na pewno się martwił o rudowłosego.
Pożegnałem się z Layem i pobiegłem do parku. Zatrzymałem się przed sklepem, patrząc się na własne odbicie. Zupełnie zapomniałem, jak wyglądam! Roztrzepane włosy, cienie pod oczami i brudna bluzka. Nie, nie chciałem się tak pokazać przy Jonginie.
- Luhan? - Usłyszałem za sobą. Momentalnie serce mi stanęło, a siódme poty mnie oblały. Powoli się odwróciłem.
- J...Jongin. Co ty tu robisz? - spytałem z nerwowym uśmiechem.
- Pomyślałem, że będziesz szedł tą stroną, więc chciałem spotkać się po drodze. - Uśmiechnął się do mnie
i podszedł bliżej. - Co ci się stało z włosami?
- To... Szybko wybiegłem z domu, więc nawet nie zdążyłem się wyszykować. - Spuściłem głowę. Czułem się zawstydzony tym, że widzi mnie w takim stanie! Wyglądam jak siedem nieszczęść, a na dodatek spóźniłem się na spotkanie z nim. Ciekawe co o mnie pomyśli...
- Uroczo wyglądasz z roztrzepanymi włosami. - zaśmiał się. Podniosłem wzrok na niego. Śmiał się. Ze mnie. - Pójdziemy do ciebie do domu i wyszykujesz się. Wtedy zacznie się nasza randka, dobrze? - spytał
z uroczym uśmiechem. O niczym nie myśląc, póki wałem głową i zaprowadziłem go do mnie. Nie zwracałem uwagi na jego wcześniejsze słowa. Może się przesłyszałem?
W mieszkaniu nalałem mu soku pomarańczowego do dużej szklanki, posadziłem w salonie i pobiegłem do łazienki. Szybko się przebrałem, wystylizowałem włosy i poprawiłem wygląd twarzy kosmetykami. Nareszcie wyglądałem normalnie! Powoli wyszedłem do salonu i zobaczyłem rozglądającego się Jongina,
z wypitym do połowy sokiem. Może tak długo mi nie zeszło?
- Już jestem gotowy. - powiedziałem cicho. Odwrócił się szybko, a po chwili na jego ustach grał figlarny uśmiech. Odwzajemniłem go swoim, nieśmiałym.
- To możemy już iść? - spytał, podnosząc się z kanapy. Pokiwałem głową i zaraz wyszliśmy z domu.
Co chwila się rozglądałem, próbując rozpoznać okolicę, w której byliśmy. Po paru minutach w ogóle jej nie znałem. Ulice były zatłoczone, ludzie się przepychali. Po drugiej stronie drogi pas sklepów, kawiarni. Wszystkie szyldy były kolorowe, co niektóre rzucały neonowe światła na chodnik, który mienił się kolorami tęczy. Po naszej stronie ulicy mieściły się nieduże, ceglane domki. Wszystkie połączone ze sobą, nawet nie było centymetra między nimi. Z jednej strony wyglądało to jak centrum miasta, tłoczno, oślepiająco,
z ogromnym wyborem sklepów. A z drugiej przedmieścia, ze spokojną dzielnicą, małym ruchem na chodniku i kilkoma drzewami. Ta różnica wydawała się piękna. Nagle Jongin się zatrzymał. Stanąłem obok niego i spojrzałem tam gdzie on. Patrzył się, prawdopodobnie, na małą kawiarnię, która stała pomiędzy butikiem, a zapewne drogą restauracją.
- Gdzie idziemy? - spytałem chyba trochę za późno, bo Jongin już ciągnął mnie w stronę kawiarni. Nie stawiałem oporu. Szedłem za nim, patrząc się na jego twarz, która wyrażała coś jak... nie wiem, ekscytacje, radość.
- To tutaj. - Odezwał się dopiero, gdy otwierał mi drzwi lokalu. Kiwnąłem w podzięce głową i powoli wszedłem do środka. Jongin chwile po tym ponownie chwycił mnie za rękę, uroczo się przy tym uśmiechając. Zaprowadził mnie do stolika umieszczonego najdalej wejścia, zaraz obok wielkiego obrazu kwiatów. Usiadłem i uważnie spojrzałem na swojego towarzysza. Ten, kiedy zobaczył mój nachalny wzrok, odwrócił się do mnie z pytającym spojrzeniem.
- Czemu ciągnąłeś mnie taki kawał, żeby iść do zwykłej kawiarni? - miałknąłem, opierając głowę o ręce.
- To nie jest zwykła kawiarnia, Lulu. - Poczułem przyjemne motylki, na dźwięk mojego zdrobnienia wydobywającego się z jego ust. - Mam tutaj dobrą przyjaciółkę, a w ogóle przyprowadzam tu tylko bliskie osoby. Na prawdę cię lubię, Luhan. - Zrobiło mi się strasznie gorąco. On... To jest tylko spotkanie, prawda? Nie?!
- Jongin, ale... - Ułożyłem dłonie na kolanach, zaczynając się czymś denerwować. Spojrzałem mu w oczy. - Ty przecież masz chłopaka. To miało być zwykłe spotkanie. Jongin, ja...
- Luhan. - Przerwał mi. Czułem się strasznie zmieszany. - Chodzi ci o Sehuna? - spytał. Nie wiedziałem
o kogo mu chodzi, ale kiwnąłem głową. - Zerwałem z nim wczoraj, od razu po naszym spotkaniu. To i tak by nie wyszło, nie pasowaliśmy do siebie. A ty spodobałeś mi się od razu. - Cholerne motylki, mogłyby przestać maltretować mi żołądek. Zrobiłem niemrawą minę.
- Nie chciałem, żebyś przeze mnie z kimś zrywał. Przepraszam. - Zacząłem się kręcić niespokojnie
na krześle. Na szczęście przyszła kelnerka z propozycją złożenia zamówienia. Uśmiechnąłem się. - Poproszę może mrożoną czekoladę. - Odpowiedziałem szybko, chcąc w ten sposób zakończyć ten temat.
- Mrożoną latte, poproszę. - Uśmiechnął się, na co serce zaczęło mi bić trzy, jak nie więcej razy szybciej. Kelnerka odeszła, a Jongin łagodnym wzrokiem spojrzał na mnie. - Luhan, nie zerwałem z nim przez ciebie. Już mówiłem, że i tak nam się nie układało. - Przed oczami miałem scenę z baru. Wcale nie wyglądało to, jakby im się nie układało. Chłopak musiał zobaczyć mój brak wiary na jego słowa i westchnął. - Nie pasowaliśmy do siebie, mieliśmy zupełnie odmienne osobowości, które kolidowały ze sobą. Nie pokazywaliśmy tego puplicznie, ale prywatnie było okropnie, zrozum Luhan. Nie zerwałem z nim przez ciebie. Nigdy tak nie mów. - Uśmiechnął się do mnie, chwytając mnie za rękę. Odwzajemniłem uśmiech, czując, że to co mówi to prawda. Kiwnąłem parę razy głową, by wiedział, że nie musi się dalej tłumaczyć.
- Więc chciałeś mnie dziś zaprowadzić do kawiarni, która jest dla ciebie ważna. - powiedziałem, jakby
do siebie, patrząc na nasze złączone ręce.
- Jest dla mnie ważna, ale i robią tu dobre napoje i ciasta - zaśmiał się, a ja nie mogłem się powstrzymać, by w tej chwili na niego nie spojrzeċ. Uwielbiałem, jak jego twarz była wykrzywiona w uśmiechu, a z jego ust dobiegał dźwięczny śmiech. Był dosłownym ideałem. Byłem szczęśliwy, że w tamtej chwili siedziałem z nim w kawiarni, do której, jak sam powiedział, przyprowadzał bliskie osoby.
Zrobiłem się czerowny, jak przestał się śmiać, za to patrzył na mnie uwodzącym wzrokiem. Zamarłem, kiedy powoli zaczął przybliżać twarz do mojej.
- C... co ty... - udało mi się tylko wydusić. Siedziałem jak sparaliżowany, lecz kiedy zbliżył się dość blisko,
a nasze nosy prawie się stykały, mimowolnie zamknąłem oczy, chociaż dalej chciałem widzieć, jak chętnie patrzy się na moje usta. Czułem jego oddech na wargach. Byłem zestresowany.
- Kai! - Usłyszałem krzyk, przy akompaniamencie głośnego huku.
- Co się stało? - spytałem.
- Tak jak mówiłem przez telefon. Minseok przyszedł, coś wymamrotał i zemdlał. Do tej pory nic się nie zmieniło. - Pokiwałem głową. Spojrzałem na Xiumina. Leżał na ziemi, wyglądając jak trup.
- Dzwoniłeś po karetkę? - Odwrociłem wzrok niepewnie na Laya. Pokiwał głową. Dziwiło mnie, że jeszcze nie przyjechała, aż w końcu mnie olśniło. - Kiedy po nią dzwoniłeś? - niemal pisnąłem.
- Zaraz po tym, jak się rozłączyłeś. Sama rozmowa z konsultantką trwała dobre pięć minut. Jeszcze instruowała mnie, co mam robić. Nic nie pomogło. - westchnął. Pokręciłem głową. Co się w takim razie mogło stać, że Minseok się nie budzi? Podszedłem do niego bliżej. Oddychał, ale nie odpowiadał na żadne szturchania i wołanie. Nagle usłyszałem dzwonek. Odwrociłem się z myślą, że to pogotowie. Zawiodłem
się, widząc spokojnego Chena.
- Chłopaki, widzieliście gdzieś Xiu? Miałem się z nim spotkać, ale...- Przerwał, gdy zauważył obok kogo siedzę. - Co mu się stało?! - spytał, szybko podbiegając do leżącego chłopaka.
- Zemdlał. Myślałem, że widziałeś się już z nim. - Yixing podszedł do baru i chwycił mokry ręcznik. Odepchnął nas od leżącego i przyłożył mu materiał do czoła.
- Mam nadzieję, że zaraz się obudzi. - Opadłem zrezygnowany na krzesło. Lay uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco, a po tym zniknął za drzwiami zaplecza. Westchnąłem ciężko i patrzyłem się na Chena, który chwycił Minseoka za ręce i nogi, i podniósł je do góry.
- Lay mówił, że to nie zadziałało. - powiedziałem cicho, na co chłopak odwrócił się zdziwiony. Nagle usłyszałem jęk. Zerwałem się jak poparzony i po chwili stałem przy budzącym się Xiuminie.
- L... Lay! - zawołałem, patrząc się szczęśliwy na rudowłosego. Blondyn przybiegł do nas, trzymając w ręku telefon. Podnieśliśmy chłopaka i usadziliśmy go na krześle.
- Coś cię boli? Co się stało? - Chen trzymał jego ręce, zadając pytania.
- Nie, wszystko raczej w porządku. Pamiętam, że poczułem ból głowy i zbierało mi się na wymioty, a potem jest sama ciemność. - mruknął pod nosem, patrząc smutno na Chena. - Przepraszam, że nie zjawiłem
się na naszym spotkaniu. - Spuścił wzrok.
- Nie masz za co przepraszać, głuptasie. Nic się nie stało, że nie przyszedłeś. Twoje życie jest ważniejsze. - Obaj z Layem wydaliśmy głośne "eww", przez co każdy się zaśmiał. Nagle zadzwonił mi telefon. Przepraszając chłopaków, odszedłem na zaplecze.
- Tak, słucham? - Odebrałem, nie patrząc nawet na nadawcę.
- Luhan, pamiętasz, że mieliśmy się spotkać? - Usłyszałem i momentalnie stanęło mi serce. Spojrzałem
na zegarek. Była 11. Załamałem się.
- Tak, przepraszam. Po prostu mój przyjaciel zemdlał i nie wiedziałem co robić. Zupełnie zapomniałem. Przepraszam.
- Nie szkodzi. Ale z twoim przyjacielem wszystko w porządku? - spytał, na co się uśmiechnąłem.
- Tak, teraz jest dobrze. - Usiadłem i rozmarzyłem się. Jest przystojny, miły, lubi mnie, bo inaczej by się nie spotykał, a na dodatek martwi się o moich przyjaciół! Zakochałem się po uszy.
- To jeżeli jest dobrze, to spotkajmy się w tym parku, dobrze? - I jeszcze nie może się doczekać! Dobra, teraz przesadzam.
- Tak, za piętnaście minut powinienem być. - Uśmiechnąłem się, a po chwili usłyszałem pożegnanie
i się rozłączyłem. Wyszedłem do chłopaków. Odwrócili się w moją stronę.
- Czemu się tak uśmiechasz? - spytał Lay, który patrzył się na mnie uważnie.
- Muszę iść. Jeżeli z Xiu teraz wszystko w porządku i ma dobrą opiekę, w postaci was, to ja nie jestem już potrzebny. - Od razu, jak skończyłem to mówić, drzwi się otworzyły, a do środka wpadło kilku ratowników z pogotowia. Od razu zaczęli zadawać masę pytań, a po tym zabrali Xiumina do karetki. Razem z nim pojechał również Chen. Nie mogli się rozstać, tym bardziej, że młodszy na pewno się martwił o rudowłosego.
Pożegnałem się z Layem i pobiegłem do parku. Zatrzymałem się przed sklepem, patrząc się na własne odbicie. Zupełnie zapomniałem, jak wyglądam! Roztrzepane włosy, cienie pod oczami i brudna bluzka. Nie, nie chciałem się tak pokazać przy Jonginie.
- Luhan? - Usłyszałem za sobą. Momentalnie serce mi stanęło, a siódme poty mnie oblały. Powoli się odwróciłem.
- J...Jongin. Co ty tu robisz? - spytałem z nerwowym uśmiechem.
- Pomyślałem, że będziesz szedł tą stroną, więc chciałem spotkać się po drodze. - Uśmiechnął się do mnie
i podszedł bliżej. - Co ci się stało z włosami?
- To... Szybko wybiegłem z domu, więc nawet nie zdążyłem się wyszykować. - Spuściłem głowę. Czułem się zawstydzony tym, że widzi mnie w takim stanie! Wyglądam jak siedem nieszczęść, a na dodatek spóźniłem się na spotkanie z nim. Ciekawe co o mnie pomyśli...
- Uroczo wyglądasz z roztrzepanymi włosami. - zaśmiał się. Podniosłem wzrok na niego. Śmiał się. Ze mnie. - Pójdziemy do ciebie do domu i wyszykujesz się. Wtedy zacznie się nasza randka, dobrze? - spytał
z uroczym uśmiechem. O niczym nie myśląc, póki wałem głową i zaprowadziłem go do mnie. Nie zwracałem uwagi na jego wcześniejsze słowa. Może się przesłyszałem?
W mieszkaniu nalałem mu soku pomarańczowego do dużej szklanki, posadziłem w salonie i pobiegłem do łazienki. Szybko się przebrałem, wystylizowałem włosy i poprawiłem wygląd twarzy kosmetykami. Nareszcie wyglądałem normalnie! Powoli wyszedłem do salonu i zobaczyłem rozglądającego się Jongina,
z wypitym do połowy sokiem. Może tak długo mi nie zeszło?
- Już jestem gotowy. - powiedziałem cicho. Odwrócił się szybko, a po chwili na jego ustach grał figlarny uśmiech. Odwzajemniłem go swoim, nieśmiałym.
- To możemy już iść? - spytał, podnosząc się z kanapy. Pokiwałem głową i zaraz wyszliśmy z domu.
Co chwila się rozglądałem, próbując rozpoznać okolicę, w której byliśmy. Po paru minutach w ogóle jej nie znałem. Ulice były zatłoczone, ludzie się przepychali. Po drugiej stronie drogi pas sklepów, kawiarni. Wszystkie szyldy były kolorowe, co niektóre rzucały neonowe światła na chodnik, który mienił się kolorami tęczy. Po naszej stronie ulicy mieściły się nieduże, ceglane domki. Wszystkie połączone ze sobą, nawet nie było centymetra między nimi. Z jednej strony wyglądało to jak centrum miasta, tłoczno, oślepiająco,
z ogromnym wyborem sklepów. A z drugiej przedmieścia, ze spokojną dzielnicą, małym ruchem na chodniku i kilkoma drzewami. Ta różnica wydawała się piękna. Nagle Jongin się zatrzymał. Stanąłem obok niego i spojrzałem tam gdzie on. Patrzył się, prawdopodobnie, na małą kawiarnię, która stała pomiędzy butikiem, a zapewne drogą restauracją.
- Gdzie idziemy? - spytałem chyba trochę za późno, bo Jongin już ciągnął mnie w stronę kawiarni. Nie stawiałem oporu. Szedłem za nim, patrząc się na jego twarz, która wyrażała coś jak... nie wiem, ekscytacje, radość.
- To tutaj. - Odezwał się dopiero, gdy otwierał mi drzwi lokalu. Kiwnąłem w podzięce głową i powoli wszedłem do środka. Jongin chwile po tym ponownie chwycił mnie za rękę, uroczo się przy tym uśmiechając. Zaprowadził mnie do stolika umieszczonego najdalej wejścia, zaraz obok wielkiego obrazu kwiatów. Usiadłem i uważnie spojrzałem na swojego towarzysza. Ten, kiedy zobaczył mój nachalny wzrok, odwrócił się do mnie z pytającym spojrzeniem.
- Czemu ciągnąłeś mnie taki kawał, żeby iść do zwykłej kawiarni? - miałknąłem, opierając głowę o ręce.
- To nie jest zwykła kawiarnia, Lulu. - Poczułem przyjemne motylki, na dźwięk mojego zdrobnienia wydobywającego się z jego ust. - Mam tutaj dobrą przyjaciółkę, a w ogóle przyprowadzam tu tylko bliskie osoby. Na prawdę cię lubię, Luhan. - Zrobiło mi się strasznie gorąco. On... To jest tylko spotkanie, prawda? Nie?!
- Jongin, ale... - Ułożyłem dłonie na kolanach, zaczynając się czymś denerwować. Spojrzałem mu w oczy. - Ty przecież masz chłopaka. To miało być zwykłe spotkanie. Jongin, ja...
- Luhan. - Przerwał mi. Czułem się strasznie zmieszany. - Chodzi ci o Sehuna? - spytał. Nie wiedziałem
o kogo mu chodzi, ale kiwnąłem głową. - Zerwałem z nim wczoraj, od razu po naszym spotkaniu. To i tak by nie wyszło, nie pasowaliśmy do siebie. A ty spodobałeś mi się od razu. - Cholerne motylki, mogłyby przestać maltretować mi żołądek. Zrobiłem niemrawą minę.
- Nie chciałem, żebyś przeze mnie z kimś zrywał. Przepraszam. - Zacząłem się kręcić niespokojnie
na krześle. Na szczęście przyszła kelnerka z propozycją złożenia zamówienia. Uśmiechnąłem się. - Poproszę może mrożoną czekoladę. - Odpowiedziałem szybko, chcąc w ten sposób zakończyć ten temat.
- Mrożoną latte, poproszę. - Uśmiechnął się, na co serce zaczęło mi bić trzy, jak nie więcej razy szybciej. Kelnerka odeszła, a Jongin łagodnym wzrokiem spojrzał na mnie. - Luhan, nie zerwałem z nim przez ciebie. Już mówiłem, że i tak nam się nie układało. - Przed oczami miałem scenę z baru. Wcale nie wyglądało to, jakby im się nie układało. Chłopak musiał zobaczyć mój brak wiary na jego słowa i westchnął. - Nie pasowaliśmy do siebie, mieliśmy zupełnie odmienne osobowości, które kolidowały ze sobą. Nie pokazywaliśmy tego puplicznie, ale prywatnie było okropnie, zrozum Luhan. Nie zerwałem z nim przez ciebie. Nigdy tak nie mów. - Uśmiechnął się do mnie, chwytając mnie za rękę. Odwzajemniłem uśmiech, czując, że to co mówi to prawda. Kiwnąłem parę razy głową, by wiedział, że nie musi się dalej tłumaczyć.
- Więc chciałeś mnie dziś zaprowadzić do kawiarni, która jest dla ciebie ważna. - powiedziałem, jakby
do siebie, patrząc na nasze złączone ręce.
- Jest dla mnie ważna, ale i robią tu dobre napoje i ciasta - zaśmiał się, a ja nie mogłem się powstrzymać, by w tej chwili na niego nie spojrzeċ. Uwielbiałem, jak jego twarz była wykrzywiona w uśmiechu, a z jego ust dobiegał dźwięczny śmiech. Był dosłownym ideałem. Byłem szczęśliwy, że w tamtej chwili siedziałem z nim w kawiarni, do której, jak sam powiedział, przyprowadzał bliskie osoby.
Zrobiłem się czerowny, jak przestał się śmiać, za to patrzył na mnie uwodzącym wzrokiem. Zamarłem, kiedy powoli zaczął przybliżać twarz do mojej.
- C... co ty... - udało mi się tylko wydusić. Siedziałem jak sparaliżowany, lecz kiedy zbliżył się dość blisko,
a nasze nosy prawie się stykały, mimowolnie zamknąłem oczy, chociaż dalej chciałem widzieć, jak chętnie patrzy się na moje usta. Czułem jego oddech na wargach. Byłem zestresowany.
- Kai! - Usłyszałem krzyk, przy akompaniamencie głośnego huku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz