Bohaterowie : Exo - HunHan (Sehun/Luhan) ; Lay, poboczne ;
Gatunek : fluff
Długość : 3145 słów
Ostrzeżenia : jak dla mnie cukierkowo o_o
A/N : No ja Was straaasznie przepraszam, że tak rzadko dodaję! No postanawiam poprawę! :D Przynajmniej się postaram... No mam nadzieję, że spodoba Wam się ff :D Enjoy!
PS. Można powiedzieć, że ff wymyślone razem z 'japonia8991' :D
Pewnego razu, tam, gdzieś daleko urodził się, a
raczej został stworzony anioł. Niczym niewyróżniający się blond włosy, z bladą
skórą, o niebieskich oczach, anioł. A jednak miał w sobie coś takiego, co
wyróżniało go pośród pozostałych. Może imię? Luhan – czy było w nim coś nietypowego?
Chyba nie… Mimo tego za czasów dzieciństwa, każdy go uwielbiał. Spokojnie
dorastał przy boku Boga. Poszedł do Anielskiej Szkoły i uczył się śpiewać i
grać na harfie. Cóż było w nim innego? Zawsze grał pięknie. Jego zwinne, długie
palce delikatnie muskały struny harf, a jego głos był delikatny, czysty… po
prostu piękny.
~
~
Pewnego dnia urodził się chłopiec. Zwykły
chłopiec z ciemnymi włosami i oczami. Był słodki. Duże oczyska i malujący się
na twarzy grymas szczęścia. Sehun… Piękne, nietypowe imię, a jednak ciało
proste…
***
***
- Lu, proszę Cię, zagraj dla mnie jeszcze raz.
- Dobrze! – Mały chłopiec przytaknął trzęsąc
główką, siedząc na dużym, białym fotelu, naprzeciwko starszego mężczyzny. Ile
miał lat? Chyba z 5… Tak, pół roku nauki gry... Pół roku po urodzinach.
Spuścił główkę spoglądając na małą, drewnianą
lutnię i zaczął grać. Dźwięki, jakie wydobywały się, były piękne. Podobne do
śpiewu ptaka, lecz skąd on mógł to wiedzieć. Nigdy go nie słyszał. Zawsze
chciał zobaczyć Ziemię, ale Bóg mówił, że jest za mały. Że mógłby spaść. Że to
jeszcze nie ten czas.
Wszystkie odczucia przelewał na grę. Otworzył
lekko usta i zaczął śpiewać. Za każdym razem pieśń była inna. W zależności od
nastroju. Ale zawsze tak samo wspaniała. Zatrzymywała oddechy, serca
przestawały bić, a oczy zatrzymywały się tylko na nim. Trwało to może chwilę,
ale był z tego dumny.
Po chwili przestał grać. Podniósł główkę i
uśmiechnął się szeroko.
- I jak? Coraz lepiej, prawda! – powiedział
podskakując na miejscu.
- Było ślicznie. Ale pamiętaj Luhan, musisz
dalej się uczyć, aby być jeszcze lepszym. – Bóg uśmiechnął się i poczochrał
włosy chłopca.
- Dobrze! Nie zapomnę – Pokiwał głową, wstał,
ustawił lutnię na białym fotelu i otrzepał spodenki.
- To teraz idź się pobaw. Jutro znów
poćwiczysz. – Uśmiechnął się i za chwilę zobaczył biegnącego chłopca w stronę
masywnych drzwi. Pociągnął je i wybiegł.
- Yixing, Yixing! - zawołał widząc
chłopca siedzącego na szarym murku. - Tu jesteś! - Przysiadł się do niego.
- Cześć – powiedział młodszy przysuwając do
Luhana paczkę śmietankowych Pocky.
- Jak Ci idzie gra? – spytał machając nóżkami i
biorąc kilka w swoją małą dłoń. – Mi coraz lepiej!
- Świetnie! Pani dziś powiedziała, że jak tak dalej
pójdzie, to będę mógł występować. – zaśmiał się. Jego głos był przyjemny dla
ucha. Nawet bardzo. Nie dało się go nie lubić.
- Będziemy występować razem! – Spojrzał przed
siebie – Już słyszę jak tworzymy jedną grupę – Zmrużył oczka – będzie
genialnie.
- Patrzcie, kto tu siedzi! Spadać mi stąd! –
Nagle usłyszeli czyjś barytowy krzyk – To nasz murek! – Odwrócili się. Za nimi
stało 4 chłopaków. Może mieli po 16-lat, może więcej.
- Nie jest podpisany – odpowiedział spokojnie
Luhan. Czemu by miał się ich bać ? Są w niebie. Są aniołami. Bóg by ich ukarał.
Staliby się diabłami. Nikt by tego nie chciał. Nikt…
- Coś ty…! – Blondyn zobaczył jak mina
starszego diametralnie się zmienia i poczuł parę silnych rąk na swoich
ramionach, a po chwili zimną, białą ziemię.
- Ale my tu siedzimy! – Yixing był przerażony,
jednak odważył się odkrzyknąć. Zaraz tego pożałował, gdyż po chwili leżał obok
swojego przyjaciela. Grupka za nimi zaczęła się śmiać i usiadła na murze.
- Chodź Lay. Znajdziemy inne miejsce.
- Tak! Idźcie kurczaki! - Usłyszeli z oddali. -
Małolaty.
Jak miał na imię ? Takich osób imion się nie
zna. Zapamiętuję się szczegóły. Jego brązowe włosy - to było to, co go
wyróżniało. Ciemne, prawie czarne włosy. Jedyne w całym Niebie.
- Oni nam zazdroszczą, prawda ? - spytał
mniejszy trzymając się kurczowo ramienia starszego.
- Tak, chyba tak... - odpowiedział Luhan, po
czym odwrócił się, by zobaczyć, jak grupka nieznajomych patrzy się na nich z
obrzydzeniem i wyciągniętymi środkowymi palcami. A czy to coś znaczyło ?
Rozpłakał się.
~***~
~***~
Szybko minęły mu te lata. Jakimś trafem
"spokojnie" dorastał, jak każdy aniołek. Luhan codziennie przychodził
grać dla Boga, przynajmniej dopóki nie skończył 10-lat. Wtedy zaczął występować
w duecie z Yixing'iem i nie mógł już tak często przychodzić. Tworzona przez
nich muzyka była piękna. Może dużo osób im groziło, dużo było
"przypadkowych" wypadków, ale były też takie osoby, które bardzo ich
chwalili. Naprawdę.
Chłopcy bali się. A zwłaszcza Lay. Jego gra
zmieniła się. Na gorsze. Luhan również się bał. Bał się o przyjaciela. O jego
życie. Istnienie.
- Albo przestaniesz grać na tej harfie, albo
już nigdy więcej nie zobaczysz swoich dłoni! - Chłopak z tej samej grupy co Lu,
patrzył się na niego i trzymał w rękach nożyce.
- Nie przestanę grać! - Blondyn oddalał się.
Był przerażony. Gdy poczuł coś za sobą, podskoczył ze strachu. Odwrócił się.
Biała ściana. Gdzie on był ? W sali, pokoju, korytarzu ? Wszystko tutaj wydaje
się być takie samo. Postać zbliżała się do niego jeszcze bardziej. Luhan skulił
się lekko i zaczął łkać. Ma zacząć modlić się do Boga ? Nie... Jest w Niebie,
nie na Ziemi! Modlitwa nic nie zdziała.
Usłyszał nad sobą śmiech. Oprzytomniał.
Spojrzał do góry. Nieznajomy patrzył na niego z chytrym uśmiechem.
- Już nie uciekniesz. - powiedział powoli.
Młodszy otworzył szerzej oczy i pchając mocno bruneta, pobiegł w stronę
masywnych drzwi.
A może jednak wyróżniał się. Może ten blond go
wyróżniał, stawał się dzięki niemu wyjątkowy. Dużo osób, mimo tak młodego
wieku, miało jasno brązowe włosy, jak nie przyozdabiały je czarne barwy.
Grzechy. Są to czyny, których Luhan chciał
uniknąć. Nie chciał być kojarzony nawet z jednym z nich. Musiał być
"czysty".
Usłyszawszy głośny krzyk, odwrócił głowę.
Zobaczył tego samego chłopaka. Biegł za nim. Szybko otworzył drzwi, wsunął się
pomiędzy i trzaskając nimi zaczął mocno oddychać.
- Lu, co robisz ? - Chłopiec odwrócił się i
speszony spoglądał na Boga. Zapomniał. Przybiegł tutaj. Czemu ? Bo czuł się
bezpiecznie. Bezpiecznie jak nigdzie indziej. Bo to jego miejsce. Jego i Boga.
- Ja... chciałem pooglądać... Ziemię.. -
Spuścił głowę - m..mogę ? - zająknął się.
- Oczywiście. - Usłyszał spokojny głos i szybko
podniósł wzrok. Czy on właśnie dostał pozwolenie ?
- Ja... Naprawdę ?! - krzyknął z szerokim uśmiechem.
Gdy zobaczył potwierdzające kiwnięcie głową, podbiegł do małych, białych
drzwiczek, znajdujących się na jednej z chmur. Pociągnął je delikatnie, a jego
oczom ukazało się wielkie miasto. Przyglądał się wieżowcom, drapaczom chmur,
które prawie mógł dotknąć. Chciał widzieć szczegóły. Chciał zobaczyć ludzi.
- Mogę... ? - spytał pokazując w dół. W
odpowiedzi otrzymał skinięcie głową, na co nieśmiało się uśmiechnął. Włożył
rączki przez drzwiczki. Po chwili wypadł przez nie. Leciał przez chwilę, dopóki
nie zatrzymał się przy samej ziemi. Czuł jak jego oddech odbija się od twardego
chodnika. Z trudem się podniósł i zobaczył małego chłopca, który biegł w stronę
swojej mamy.
- Sehun, gdzieś ty był ?! Miałeś się nie ruszać
z miejsca! - Usłyszał głos kobiety.
'Więc ma na imię Sehun...'Rozejrzał się dookoła 'Mam nadzieję, że nikt
mnie nie widzi' - pomyślał i po chwili podszedł bliżej do bruneta.
- Jus mamo! Pseplasam! - powiedział słodko, a
Luhanowi na twarzy pojawił się mały, uroczy uśmiech.
- Słodki jest. – Chciał go dotknąć, pogłaskać,
lecz między nim, a chłopcem powstawała bariera.- Szkoda – mruknął i patrzył jak
mały wsiada do samochodu i odjeżdża. Smutnym wzrokiem wpatrywał się w miejsce,
gdzie przed chwilą stał Sehun. Już go tam nie było, jednak wciąż był w głowie
Luhana. Miał nawet nadzieję, że jeszcze kiedyś go spotka. Zamknął oczy, a gdy
je ponownie otworzył, znów siedział na śnieżnych chmurkach obok Boga. Zamknął
drzwiczki i spojrzał na starszego mężczyznę.
- Czy tutaj wszystko musi być białe ? – spytał
siadając po turecku.
- Jak zapewne zauważyłeś, nie.
- A jakbym chciał wyglądać inaczej, mógłbym ? –
spytał przekręcając główkę w bok.
- Może Luhan, może. – Zamrugał mu parę razy. –
Ale może nie teraz. – Wyciągnął swoją potężną rękę w stronę chłopca. – Grałeś
już dziś ? – spytał, a w odpowiedzi zobaczył kręcenie głową. Blondyn podał
swoją rączkę, po czym z pomocą starszego siadł na fotelu. W jego głowie nadal
miał obraz małego, uroczego chłopca imieniem Sehun.
Może to przeznaczenie…
~***~
~***~
Kolejne lata mijały. Chłopcy z grup, tak samo
jak osoby których nie znał, zaczepiali go i grozili odcięciem jego skrzydełek.
Może Luhan nimi się nigdy nie przejmował, jednak po rozmowie z Bogiem zaczął
się martwić. Bez skrzydeł, anioł staje się człowiekiem. Spada na Ziemię. I rzadko
udaje się mu przeżyć.
Codziennie uciekał do pokoju Boga, by choć na
chwilę móc pooglądać małego chłopca, który zmiękczał jego serce sposobem
mówienia. By móc oglądać, jak ten chłopiec dorasta. Jak mężnieje jego drobne
ciało. Cieszył się z jego sukcesów i smucił z porażek. Czuł kłucie w klatce
piersiowej, gdy ten zaczął chodzić z pewnym chłopakiem. Skakał z radości, gdy
dowiedział się, że nie są już razem. Bo czemu miał być załamany z tego powodu ?
Czuł coś to niego, lecz sam nawet nie wiedział, że było to uczucie o wiele
większe niż uwielbienie.
W końcu obaj dorośli. Sehun już nie był małym,
słodkim chłopcem. Teraz był przystojnym, lecz urokliwym mężczyzną. Luhan zaś
dalej był słodkim, uroczym chłopakiem. Nawet wyglądał młodziej, niż Sehun.
Czemu ? Może przez to, że w wieku 17-lat zażyczył sobie mieć różowe włosy…
Może przez to nieznane uczucie, które
wypełniało jego duże serce, jego oczy zmieniły kolor na zielony. Czy komuś to
przeszkadzało ? Nie, bo czemu by miało. Bóg nie zwracał na to nawet uwagi. Cieszył
się, że chłopak znalazł sobie coś, co sprawia, że jest szczęśliwy. Bo to jest
najważniejsze.
Luhan czasem grał u Boga. Dalej ćwiczył grę i
śpiew. Nawet do pewnego czasu występował z Layem. Zaczęło mu to przeszkadzać,
więc zrezygnował z występów. Lecz to nie był jedyny powód zakończenia ich
wspólnych koncertów. Jednak to dalej nie zmienia faktu, że miał on obsesję.
Obsesję na punkcie tego chłopaka. Uzależnienie. Od tego nieznajomego. Tego
człowieka. Chciał go dotknąć, poczuć. Chciał go dokładnie poznać. Chciał, żeby
i on znał jego.
Jednak cóż, tak się stać nie mogło…
- Boże, możesz mi powiedzieć ile on ma lat ? –
spytał się nie odrywając wzroku od śmiejącego się szatyna.
- O kogo ci chodzi ? – Wychylił głowę w jego
stronę.
- O… S..Sehuna – zajęknął się. To nie będzie
dziwne, że zna jego imię ?
- Ach, on! Mogłem się domyślić – Staruszek się
zaśmiał – siedemnaście.
‘Ma 17-lat…’ pomyślał i dalej patrząc na jego śliczny uśmiech
wysunął dłoń zza drzwiczek. ‘Ja na ludzkie życie
mam 21, więc różnica między nami to…’ zapatrzył się w dal i mrużąc oczy,
uśmiechnął się.
- Boże, czy będę mieć normalne urodziny, takie
jak zawsze ? – spytał z ekscytacją w głosie. Gdy odwrócił głowę i spostrzegł
kiwanie głową, uśmiech na jego twarzy się powiększył.
Nie mogąc już wytrzymać tej odległości między
nim, a młodszym chłopakiem, wsunął się cały przez małą bramę, którą jak sam
zaczął nazywać „Do lepszego świata”. Leciał w dół, dopóki nie mógł usłyszeć
jego głosu.
- Tak piękny - powiedział uśmiechając się - Tak
blisko - szepnął. Stał obok niego i próbował dotknąć jego brązowych włosów. -
Ja muszę. Muszę ich dotknąć. - Starał się przebić przez barierę. W jego oczach
pojawiły się łzy. Upadł na podłogę i płacząc przysłuchiwał się głosowi Sehuna.
Jak mówił i śmiał się do przyjaciół. Ile by on dał, żeby móc usiąść tam obok
nich.
Wyciągnął rękę. Chciał dotknąć jego. Tego
jedynego, raz... Na chwilę, sekundę, nic więcej.
Bariera tu powinna być. Nie ma jej.
Zbliżył dłoń jeszcze bardziej.
Udało się.
Jego dłoń. Taka jasna, gładka. Przyjemna w
dotyku.
Nagle się oderwał, widząc jak jego obiekt
westchnień odwraca się w jego stronę. Miał zdziwiony wyraz twarzy, tak samo jak
Lu. Rozejrzał się i po chwili uśmiechając się spojrzał w miejsce, gdzie właśnie
klęczał anioł. Widział go ?! Nie.. Nie mógł...
Sehun podniósł się z siedzenia i kucnął
naprzeciwko Luhana. Ten zaś, z czerwoną twarzą patrzył się, jak opuszcza głowę
i swoją ręką łapie malutkie piórko z podłogi. Przekręcił je w dłoni i znów
usiadł.
- Spójrzcie! Piękne, co nie ? - Uśmiechnął się
i Lu nic więcej nie zobaczył. Zamknął oczy i z sercem, które o mało by nie
wyskoczyło z jego piersi, podniósł się.
- To ja może wrócę już do siebie. - powiedział
i po chwili powoli otworzył oczy.
Chciał móc ponownie go dotknąć, ale bał się.
Jeżeli tym razem go zauważy ? Jeżeli ponownie spadnie mu pióro ? Nie może
stracić wszystkich piór na to, by go dotykać.
-Nie martw się. Jutro znów go zobaczysz. –
Usłyszał, po czym odwrócił się w stronę rozmówcy. – Może następnym razem znów
go dotkniesz. – Uniósł znacznie brwi, na co Luhan się uśmiechnął.
- Dziękuję. – powiedział i wyszedł. Za drzwiami
oglądał swoje palce. Dotknął go. Poczuł jego skórę. Już zdążył się od niej
uzależnić.
Jeszcze, jeszcze raz. Ostatni, może więcej…
- Hej, Luhan! – Usłyszał czyjś głos. – Gotowy na
zemstę ?
- Na jaką zemstę ? – spytał przerażony.
-Na tę zemstę. – odpowiedział i podbiegł do
niego. A cóż mógł zrobić Luhan. Uciekł do swojego pokoju.
Nikt nie dobijał się do jego drzwi. Zaczął
gorzko płakać i osunął się po drzwiach. Bał się.
***
- Luhan, chyba wystarczy ci na dziś oglądania
tego chłopca, co ? – spytał go Bóg.
- Ale ja chcę jeszcze. Są jego urodziny! –
Uśmiechnął się, lecz drzwi się zamknęły.
- Już, koniec. – powiedział i posadził chłopaka
na fotelu. – Zagraj mi, a potem pójdziesz do Laya. – Uśmiechnął się czule.
- Yixinga nie ma. Nie wiem gdzie jest. –
szepnął spuszczając głowę.
***
- Lu, Lu, Lu, Lu, Lu! Luhan, czekaj! – Usłyszał
za sobą. Niepewnie odwrócił się. – Ej, przepraszam za to co ci zrobiłem. Na
serio, sorry. Może zostaniemy przyjaciółmi? – Różowo-włosy lustrował go
wzrokiem. ‘Mówi prawdę, czy może nie?’
- Do… dobrze. – powiedział, a na jego twarzy
pojawił się uśmiech. Starszy wyciągnął rękę, a Luhan ją uchwycił.
- To może gdzieś wyskoczymy ? Na lody, co ? –
Zobaczył jak chłopak szczerzy się do niego.
-Okay. –
przytaknął.
Poczuł na swoich plecach rękę, która zaczęła go
pchać.
- To chodźmy. – Miał naprawdę ładny uśmiech.
Wielu by mu go zazdrościło.
Luhan szedł pewny, że nic mu się nie stanie. Nagle
poczuł ręce na swoim lewym barku i skrzydle.
- Pierdolony naiwniak. Myślałeś, że serio będę
chciał się z tobą zaprzyjaźnić ? – szepnął mu do ucha. Lu poczuł jak brunet
ciągnie go za skrzydło. Zaczął się wyrywać. – Jak będziesz się kręcić, to oderwą
ci się. – Usłyszał jego mocny głos.
- Czego chcesz ?! – spytał drżącym głosem.
- Czego ? – prychnął – Abyś przestał grać. Chcę
ci móc oszpecić tę twoją ładną buźkę.
- N… Nigdy! – Złapał go za rękę i próbował ją
zdjąć z jego pleców.
- Wybieraj, albo stracisz życie, albo sławę. –
zaśmiał się.
Luhan bał się jeszcze bardziej. Teraz nie miał
jak uciec. Bał się utratą skrzydeł, życia… Ale z drugiej strony, jeżeli się mu
podda, nie będzie musiał się już więcej bać. Jak spadnie na Ziemię, może
przeżyje i pozna bliżej Sehuna. Tak, to dobry argument.
- Puszczaj! – krzyknął. W odpowiedzi otrzymał
kręcenie głową.
‘Albo śmierć, albo miłość. Wybieraj Luhan,
szybko, uda się!’
Odepchnął rękę chłopaka od siebie i szybko
poczuł niewład w nogach. Bariera. Już jest człowiekiem. Poczuł w rękach parę
swoich anielskich piór.
„Proszę, Sehun, uratuj mnie” pomyślał. Czuł jak jego ciało powoli opada.
Nie miał nic przed oczyma. Nawet sekundy z istnienia. Nie bał się. Wierzył.
Przed sobą widział już budynek. Ten sam, gdzie
widział słodkiego szatyna. Teraz go tam nie było.
Był już nisko, prawie przy ziemi. Czuł jak jego
ciało przyśpiesza. Zaczął krzyczeć.
Zobaczył kogoś. Ciemna czupryna została
przeczesana zgrabną dłonią. Ledwo zobaczył jego twarz. Po chwili Lu poczuł jak
upada na coś miękkiego. Poczuł straszny ból i usłyszał krzyk innej osoby.
Otworzył oczy. Leżał na nim. Na tym chłopaku. Na Sehunie.
- O mój Boże! Przepraszam! – Próbował wstać,
lecz znów upadł.
- Nic… Nic się nie stało. – Delikatnie odepchnął
od siebie Luhana. – A tobie nic nie jest ? W końcu spadłeś z jakiegoś wieżowca…
- Ja nie spad… Nie, nic. – powiedział pośpiesznie,
po czym usiadł na kolanach i ze spuszczoną głową masował ramię.
- Na pewno nic ? – Dotknął ramienia chłopaka, w
które właśnie się masował. Luhan syknął z bólu. – Coś mi się wydaje, że jednak
nie. – zaśmiał się, na co Lu podniósł głowę.
- Przepraszam za zniszczenie urodzin. – mruknął
i już próbował wstać, kiedy poczuł ręce na swojej talii i ciągnięcie w górę.
- Skąd to się tu wzięło ? – Sehun wyjął parę
piór spomiędzy jasnych włosów niższego. – A w ogóle, skąd wiesz, że mam
urodziny ? – Różowo-włosy zarumienił się. – Jesteś stalkerem ? – zaśmiał się.
- Nie! – Luhan szybko krzyknął odwracając twarz
w stronę Sehuna.
- Rozumiem, że jesteś przyjacielem Laya. –
Spojrzał na niego pytająco. – Coś mówił o jakimś znajomym. – Uśmiechnął się, co
i Luhanowi się udzieliło. – Chodź, impreza się jeszcze nie skończyła. – Szatyn
popchnął lekko chłopaka i nagle zaczęli iść ramię w ramię.
Sen ? Może wreszcie spełnią się jego marzenia.
- Tak w ogóle, jak masz na imię ? – Starszy
poczuł, jak dłoń młodszego ociera jego własną.
- Luhan. – jęknął cicho. Po chwili Sehun złapał
go za rękę.
- Ładnie. – szepnął. – To żebyś się nie zgubił.
– Wskazał na ich splecione dłonie. - Chodź, Jelonku. – powiedział już głośniej
i wzmacniając uścisk, zaprowadził go na drugie piętro wysokiego budynku.
***
- Sehun, zobacz! – krzyknął, idąc obok
śmietnika.
- O co chodzi ? – Podszedł do niego. Zauważył
jak jego chłopak wskazuje coś leżącego obok starego kontenera. – Co to ? –
spytał, próbując dopatrzeć się, co tam leży. Brak latarń w pobliżu, wcale mu
tego nie ułatwiała.
- To jest jakieś dziecko! – szepnął w
odpowiedzi i szybko klęknął obok znaleziska. Odwinął ciemny kocyk i zauważył
małą główkę. Para czekoladowych oczu spoglądała na niego, po czym znów mogli
usłyszeć krzyk.
- Przestraszyłeś je. – Sehun zaśmiał się, po
czym wziął bobasa na ręce. – No już, nie płacz. Nic ci się z nami nie stanie.
- Ale Sehun, to jest dziecko! – Luhan patrzył,
jak szatyn kołysze malucha.
- No wow! – Spojrzał na niego zdziwiony. – Nigdy
dziecka nie widziałeś ? – Lu spuścił głowę, po czym złapał kurtkę młodszego.
- W dzieciństwie marzyłem, że jak dorosnę, sam będę
mógł się opiekować takim dzieckiem. Sehun, czy my…
-To chłopczyk. – Jasnowłosy przyjrzał się
młodszemu. Dopiero teraz zauważył, że maluch śpi. Szatyn spojrzał się na
niższego. – Jelonku, czy ty chcesz zostać jego matką ?
- C… Nie! – krzyknął, co spowodowało śmiech u
drugiego.
- Trzeba kupić mu jakieś ubrania, łóżeczko,
mleko, pieluchy. – pogłaskał głowę Luhana. – Reszta jakoś wyjdzie. O adopcje
nie będzie trudno. Zobaczysz. Zostaniesz mamusią. – Zaśmiał się i zaczął iść w
stronę domu. Nie zauważył, jak Luhan podnosi małą karteczkę, leżącą obok jego
nóg.
„Życzę Ci udanego życia. Nie zmarnuj go. I nie gniewaj
się na mnie, że nie pomogłem Ci. Tutaj jesteś szczęśliwy, niż w Niebie. Bóg.”
Uśmiechnął się i zaczął biec za Sehunem,
krzycząc coś.
Może całe jego życie, to było przeznaczenie.
Gra, spotkanie, wyrwanie skrzydeł – może kiedyś, uważał to za karę, teraz –
szczęście, bo dzięki temu, może być z ukochanym. Bo czemu nie zaryzykować
czegoś mało cennego, dla czegoś, co będzie trwać wiecznie ?
‘Dziękuje Ci, Boże. Za wszystko’.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz